Portal Mrooczlandia





| Horrory | Romantica| Filozofia |

Horrory

H.P.Lovecraft: "On"
(strona 1/7)


            Ujrzałem go pewnej bezsennej nocy, kiedy krążyłem rozpaczliwie
            ulicami, usiłując uchronić mą duszę i wizję. Przyjazd do Nowego 
            Jorku okazał się pomyłką - poszukiwałem bowiem cudów, uroku i 
            inspiracji, które miałem nadzieję znaleźć wśród labiryntu starych 
            uliczek wijących się bez końca od zapomnianych podwórców, placów i 
            nabrzeży po równie zapomniane podwórza, place i nabrzeża w 
            cyklopowych, nowoczesnych wieżowcach i pinaklach wznoszących się 
            niczym czarne wieże Babilonu pod bladym sierpem księżyca. Odnalazłem 
            zaś jedynie grozę i uczucie osobliwego nacisku, które groziły mi 
            zdominowaniem, sparaliżowaniem i absolutnym unicestwieniem.
            Rozczarowanie przychodziło stopniowo. Przybywając do miasta, 
            ujrzałem je po raz pierwszy z mostu wznoszącego się majestatycznie 
            ponad wodami rzeki, a niewiarygodne szczyty i piramidy podnosiły się 
            delikatnie, niczym główki kwiatów z oparów fioletowej mgły, aby 
            igrać z rozpalonymi do czerwoności chmurami i pierwszymi wieczornymi 
            gwiazdami. Później ponad toczącymi się leniwie falami zapłonęły 
            światła w oknach, rozpalały się jedno po drugim, a poniżej, na 
            wodzie kiwały się i migotały latarnie, syreny mgielne zawodziły swe 
            smętne, charakterystyczne melodie i ogólnie widok ten przywiódł mi 
            na myśl rozgwieżdżony firmament snów przesycony niebiańską muzyką, 
            dorównujący swym majestatem tudom Carcassonne, Samarkandy, Eldorado 
            i innych wspaniałych, na wpół mitycznych miast. Niedługo potem 
            wyruszyłem owymi pradawnymi uliczkami tak drogimi mej wyobraźni - 
            wąskimi, krętymi alejkami i przesmykami, gdzie rzędy murów z 
            czerwonej, georgiańskiej cegły mrugały małymi okienkami z drobnych 
            szybek ponad oflankowanymi kolumnami, drzwiami do domów, łypiącymi 
            wyniośle na pozłacane karoce i panelowe powozy - wówczas po raz 
            pierwszy stwierdziłem, że skoro udało mi się urzeczywistnić to z 
            dawna odczuwane pragnienie, nic nie stoi na przeszkodzie, abym w 
            swoim czasie stał się również poetą.
            Sukces i szczęście nie były mi jednak dane. Jasny dzień ujawnił 
            jedynie brud, obcość i drażliwą obskurność wszechobecnych, pnących 
            się jak najwyżej kamieni wszędzie tam, gdzie księżyc zapowiadał 
            istnienie piękna i starszej magii. Tłumy zaś, zaludniające ciasne, 
            kręte uliczki, okazały się należeć do rasy śniadych, krępych 
            cudzoziemców o zhardziałych obliczach i wąskich oczach, sprytnych, 
            inteligentnych, obcych, pozbawionych snów i więzi z tym, co 
            rozgrywało się wokół nich, którzy nie mieli nic do zaoferowania 
            błękitnookiemu potomkowi starego ludu, w którego sercu płonęło 
            umiłowanie czystych, zielonych plantów i białych dachów domów, jakie 
            widuje się na terenie Nowej Anglii.
            Tak więc zamiast weny, na którą liczyłem, doznałem jedynie uczuci a 
            niezmożonej samotności i przyprawiającej o zimny dreszcz ciemności 
            otaczającej mnie z wszystkich stron. Poznałem również ostatnią, 
            przeraźliwą prawdę, której nikt nigdy nie ważył się wcześniej 
            wyjawić, niewysłowioną tajemnicę tajemnic, która brzmiała, że owo 
            miasto z kamieni i szkła nie stanowi przedłużenia żywota dawnego 
            miasta, które znajdowało się kiedyś w tym miejscu, tak jak Londyn 
            jest Starym Londynem, a Paryż Starym Paryżem, ale że jest ono 
            martwe, a jego rozciągnięte bezładnie cielsko zostało niedokładnie 
            zabalsamowane i zaroiło się, niczym robactwem, osobliwymi, 
            animowanymi istotami, które ma z nim tyleż wspólnego, co ów nieżywy 
            twór z prawdziwym istnieniem. Dokonawszy tego odkrycia, nie mogłem 
            sypiać spokojnie, w końcu jednak osiągnąłem stan pewnej (aczkolwiek 
            zrezygnowanej) równowagi, w miarę jak wyrobiłem w sobie nawyk 
            unikania ulic za dnia i przemierzania ich wyłącznie nocą, która 
            wydobywa z zapomnienia tę odrobinę przeszłości, jaka jeszcze w nich 
            pozostała, a stare bielone odrzwia przypominają sobie skulone 
            sylwetki, które dawno temu prześlizgiwały się przez nie cichaczem.
            Z pewną ulgą napisałem kilka wierszy, ale wciąż nie chciałem 
            powrócić do mego ludu, nie dopuszczając do siebie myśli o porażce.
            I wtedy, pewnej bezsennej nocy, spotkałem tego mężczyznę. Stało się 
            to na ukrytym podwórzu w dzielnicy Greenwich, gdzie zamieszkałem 
            wskutek mej ignorancji, gdyż doszły mnie słuchy, że tu właśnie 
            znajduje się największe naturalne skupisko poetów i artystów. 
            Archaiczne alejki, domy i niespotykane nigdzie indziej podwórza oraz 
            dziedzińce rzeczywiście wywarły na mnie nader pozytywne wrażenie, 
            lecz poeci i artyści, których tam odnalazłem, okazali się jedynie 
            krzykliwymi oszustami, amatorami, sztucznymi jak tania błyskotka, 
            ich życie zaś pozbawione było (za ich przyzwoleniem) czystego piękna 
            składającego się na poezję i sztukę, czyli tego wszystkiego, co w 
            głębi serca ukochałem. Wyobrażałem sobie, że są tacy jak w czasach, 
            gdy wioska Greenwich tętniła samoistnym życiem, nie wchłonięta 
            jeszcze przez wielkomiejską metropolię, a w godzinach przedświtu, 
            kiedy wszyscy birbanci i lumpy układali się na spoczynek, kroczyłem 
            samotnie pośród krętych, tajemnych alejek, rozmyślając o osobliwych 
            sekretach pozostawionych przez pokolenia zamieszkujących tu ludzi. 
            To utrzymywało mą duszę przy życiu i obdarzało snami oraz wizjami, 
            które, aczkolwiek nieliczne, zaspokajały pragnienia tkwiącego we 
            mnie poety.



Strona 1 > 2



Powrót do spisu pozycji działu Horrory







ميترا / मित्र / Ми́тра / Mitra
Mitra Taus Melek

Misja | Polityka Prywatności | | Kontakt | Zgłoś Błąd | Pióropusz.Net | Magical-Resources.Net
Wyszukiwarka zasobów Portalu Mrooczlandia
Internationale: Российская Федерация | English language | Deutsche Sprache | China | Lingvo Internacia

Portal Mrooczlandia www.Mrooczlandia.com
Wszelkie prawa zastrzeżone ©