Portal Mrooczlandia



| Horrory | Romantica| Filozofia |

Horrory

H.P.Lovecraft: "On"
(strona 2/7)


            Mężczyzna natknął się na mnie około drugiej pewnej chmurnej, 
            sierpniowej nocy, kiedy przemierzałem rząd rzadko uczęszczanych, na 
            wpół zapomnianych podwórzy, do których obecnie można było dojść 
            jedynie przez nie oświetlone przejścia dzielących je budynków, a 
            które niegdyś tworzyły całą sieć uroczych, malowniczych alejek. 
            Usłyszałem o nich niejako przypadkiem i nie otrzymałem ścisłych 
            informacji, okazało się bowiem, że nie ma ich na żadnej współczesnej 
            mapie, niemniej fakt, iż zostały zapomniane, tylko wzbudził moje 
            zainteresowanie i ze zdwojoną gorliwością wyruszyłem na ich 
            poszukiwanie. Teraz, gdy je odnalazłem, ożywiłem się raz jeszcze, 
            gdyż coś w ich układzie niejasno sugerowało, że mogły stanowić 
            ledwie zaczątek całej sieci mrocznych, odrzuconych alejek i uliczek, 
            ogrodzonych i ograniczonych wysokimi murami, ścianami domów czy nie 
            oświetlonymi przejściami, do których nigdy nie zapuszczali się 
            śniadzi cudzoziemcy i których strzegli skryci, małomówni artyści 
            zajmujący się rzeczami nie przeznaczonymi dla szerokiej publiczności 
            i nie oglądającymi nigdy światła dziennego.
            Odezwał się do mnie bez żadnej zachęty z mojej strony, zwracając 
            uwagę na mój nastrój i spojrzenia, jakimi obrzucałem pewne 
            zaopatrzone w kołatki odrzwia ponad otoczonymi balustradą schodami. 
            Blada poświata z umieszczonych nad wejściami okienek nieśmiało 
            oświetlała mą twarz.
            Jego oblicze tonęło w cieniu. Nosił na głowie szerokoskrzydły 
            kapelusz, który nadspodziewanie dobrze pasował do jego 
            staroświeckiego płaszcza. Zanim jednak odezwał się do mnie, poczułem 
            dziwny, niczym nie wytłumaczony niepokój. Był bardzo szczupły, wręcz 
            chudy, istna skóra i kości, głos miał niewiarygodnie miękki i pusty, 
            ale nieszczególnie głęboki. Stwierdził, że widział mnie kilkakrotnie 
            podczas mych nocnych wędrówek, i dodał, że przypominam mu jego 
            samego z przeszłości, kiedy to wiedziony skrywanymi w głębi ducha 
            pragnieniami odbywał podobne wycieczki. Czy nie zechciałbym 
            przewodnika, kogoś, kto dłużej ode mnie prowadził podobne 
            poszukiwania, a jego zasób informacji i wiedza o tutejszych 
            zakamarkach były dużo większe niż nowo przybyłego wędrowca takiego 
            jak ja?
            Kiedy mówił, przez mgnienie oka dostrzegłem jego twarz w strudze 
            żółtego światła z pojedynczego okna na poddaszu. Było to przystojne, 
            niemłode już oblicze zdradzające szlachecki rodowód, które w tym 
            czasie i miejscu wydawało się wręcz absurdalne. Było w nim jednak 
            coś jeszcze, co zaniepokoiło mnie równie mocno, jak widok ostrych, 
            silnych rysów natchnął mnie radością. Być może było zbyt blade, zbyt 
            pozbawione wyrazu i zbyt różne od fizjonomii tutejszej społeczności 
            i właśnie dlatego poczułem się dziwnie nieswojo. Tak czy inaczej, 
            podążyłem za nim, w tych ponurych dniach poszukiwanie tego, co 
            stare, piękne i tajemnicze, było bowiem wszystkim, co pozwalało 
            utrzymać mą duszę przy życiu, i uznałem za rzadkie zrządzenie losu 
            spotkanie z człowiekiem, który, podzielając w pełni me 
            zainteresowania, uzyskał rezultaty dalece przewyższające moje 
            skromne osiągnięcia.
            Coś, być może sama noc, sprawiło, że otulony płaszczem mężczyzna 
            pogrążył się w posępnym milczeniu i przez długą godzinę prowadził 
            mnie, nie wypowiedziawszy choćby jednego niepotrzebnego słowa; 
            rzucał jedynie zdawkowe komentarze dotyczące prastarych nazw, dat i 
            zmian, a pełniąc rolę mego przewodnika, posługiwał się głównie 
            gestami. W ten oto sposób przeciskaliśmy się przez wąskie łączniki, 
            przemierzaliśmy ciasne, mroczne korytarze, pokonywaliśmy ceglane 
            murki, a raz nawet przepełzliśmy na czworakach przez niskie, 
            łukowato sklepione kamienne przejście, którego niesamowita długość i 
            przyprawiająca o zawroty głowy liczba zakrętów pozbawiła mnie do 
            szczętu resztek orientacji, jakie do tej pory udało mi się zachować. 
            Rzeczy, które widzieliśmy, były bardzo stare i przecudowne lub takie 
            się wydawały, kiedy postrzegałem je w słabym, bladożółtym świetle. 
            Nigdy jednak nie zapomnę gigantycznych jońskich kolumn, żłobkowanych 
            pilastrów i bogato zdobionych, żelaznych ogrodzeń, oświetlonych 
            okien o małych szybkach i ozdobnych latarni, które stawały się coraz 
            rzadsze i coraz dziwniejsze, im głębiej zapuszczaliśmy się w ten 
            niewyczerpany labirynt nieznanej i zapomnianej przeszłości.
            Nie spotkaliśmy nikogo i w miarę upływu czasu coraz mniej było 
            oświetlonych okien. Z początku widzieliśmy tylko latarnie naftowe, 
            później zaś pojawiły się latarnie ze świecami, aż w końcu, 
            pokonawszy pewne przeraźliwe, nie oświetlone podwórze, gdzie mój 
            przewodnik musiał szukać w ciemności, po omacku swą osłoniętą 
            rękawicą dłonią, by odnaleźć wąską, drewnianą bramę w wysokim murze, 
            dotarliśmy do fragmentu alejki, gdzie lampy paliły się przy co 
            siódmym domu. Były to - rzecz niesłychana - kolonialne, blaszane 
            latarnie ze stożkowymi nasadami i otworami w bocznych ściankach. 
            Alejka ta wiodła stromo pod górę - bardziej stromo niż wydawało mi 
            się to możliwe w tej części Nowego Jorku - a jej górny koniec 
            przegradzał porośnięty bluszczem mur prywatnej posesji, za którym 
            mogłem dostrzec szczyt bladej kopuły i wierzchołki drzew kołyszące 
            się na tle rozjaśniającego się nieba. W murze tym znajdowała się 
            mała, nisko sklepi ona brama z nabitego ćwiekami, czarnego dębu, 
            którą mężczyzna otworzył olbrzymim kluczem. Wprowadziwszy mnie do 
            środka, ruszył pośród kompletnych ciemności wzdłuż, jak mi się 
            zdawało, żwirowej ścieżki i w końcu po kilku kamiennych stopniach do 
            drzwi frontowych domu, które otworzył kluczem i uchylił przede mną.
            Weszliśmy i w tej samej chwili zrobiło mi się słabo, gdyż poczułem 
            niesamowity fetor przesycający powietrze, którego fala wypłynęła nam 
            na spotkanie. Była to odrażająca woń, której nagromadzenie 
            wytłumaczyć można było jedynie trwającym od stuleci procesem 
            rozkładu.



1 < Strona 2 > 3



Powrót do spisu pozycji działu Horrory




ميترا / मित्र / Ми́тра / Mitra
Mitra Taus Melek

Misja | Polityka Prywatności | | Pióropusz.Net | Magical-Resources.Net


Portal Mrooczlandia www.Mrooczlandia.com
Wszelkie prawa zastrzeżone ©