Portal Mrooczlandia





Biblioteka


| Horrory | Romantica| Filozofia |

Horrory

H.P.Lovecraft: "W górach szaleństwa"
(strona 2/51)


 Planowaliśmy spenetrować terytorium tak odległe jak tylko pozwoli na to 
jeden antarktyczny sezon - a może dłużej, gdyby okazało się to absolutnie 
niezbędne - przy czym mieliśmy działać głównie w masywach górskich i na 
płaskowyżu, na południe od Morza Rossa; w rejonach zbadanych już w różnym
 stopniu przez Shackletona, Amundsena, Scotta i Byrda. Zamierzaliśmy często
 zmieniać obozowiska i pokonywać samolotem odległości na tyle duże by mogły
 okazać się znaczące pod względem geologicznym, spodziewaliśmy się uzyskać 
ogromną ilość materiałów, zwłaszcza okazów pochodzących z warstw prekambryjskich,
 jakich do tej pory na Antarktydzie zebrano niewiele, Pragnęliśmy zebrać 
również jak najwięcej skał, zawierających skamieliny, bowiem informacje na
 temat pierwotnego życia w tej posępnej krainie lodu i śniegu, mają ogromne 
znaczenie dla wiedzy o przeszłości ziemi. Na Antarktydzie panował tropikalny
 klimat, obfitujący w formy życia tak roślinnego jak i zwierzęcego, z których
 do dziś przetrwały jedynie, żyjące na północnych wybrzeżach kontynentu, 
pospolite porosty, pajęczaki i pingwiny; znakomita okazja by rozwinąć, wzbogacić
 i uściślić ową wiedzę. Gdyby podczas któregoś z wierceń udało się nam natrafić 
na skamieliny, mieliśmy rozszerzyć nawiert przy pomocy ładunku dynamitu i 
wydobyć okazy o odpowiednich rozmiarach i w odpowiednim stanie.

W skład wyprawy wchodziły cztery osoby z Uniwersytetu: Pabodie, Lakę z 
wydziału biologii, Atwood z wydziału fizyki (zajmujący się też meteorologią) 
oraz ja, reprezentujący geologię, sprawujący nominalne funkcje kierownika 
ekspedycji. Oprócz nas było jeszcze szesnastu pomocników - siedmiu absolwentów
 uczelni i dziewięciu zdolnych mechaników. Z tych szesnastu, dwunastu 
posiadało kwalifikacje pilotów i, za wyjątkiem dwóch, kwalifikacje operatorów
 radiowych; dodać należy iż ośmiu spośród nich znało się na nawigacji, i 
potrafiło posługiwać się kompasem i sekstansem, podobnie jak Pabodie, Atwood
 i ja. Do tego rzecz jasna dochodziły pełne załogi dwóch naszych statków, 
byłych jednostek wielorybniczych, których drewniane kadłuby specjalnie 
wzmocniono i w których zamontowano dodatkowe kotły paro we. Ekspedycję 
finansowała Fundacja N. D. Pickmana wsparta paroma innymi dotacjami; dzięki
 temu, mimo braku wielkiej reklamy mogliśmy poczynić nader gruntowne przygotowania.

 Psy, sanie, maszyny, sprzęt obozowy oraz pięć rozłożonych na części samolotów 
dostarczono do Bostonu i tam załadowano na statki. Cel mieliśmy jasno określony,
 wyposażenie doskonałe, a w takich kwestiach jak odpowiednie zaprowiantowanie. 
Organizacja, transport czy budowa obozów korzystaliśmy z doświadczeń wielu nad 
wyraz wybitnych poprzedników, leli liczba i sława jaką się cieszyli sprawiły, że 
nasza wyprawa, pomimo iż tak hojnie zaopatrzona, przeszła, praktycznie rzecz biorąc,
 nie zauważona.

Wypłynęliśmy z portu w Bostonie drugiego września 1950 roku, płynąc niezbyt 
szybkim kursem wzdłuż wybrzeża, przez kanał Panamski i zatrzymując się na 
Samoa i w Hobart, na Tasmanii. Tam zabraliśmy na pokład resztę zaopatrzenia, 
nikt z naszej grupy badawczej nic był dotąd w rejonach podbiegunowych i wszyscy
 polegaliśmy głównie na kapitanach naszych statków - J. B. Douglasie, dowódcy 
brygu "Arkham", i całego morskiego etapu wyprawy, i Georgu Thorfinnssenie, 
kapitanie statku "Miskatonic". Obaj byli starymi wilkami morskimi, weteranami 
wypraw wielorybniczych.

Im dalej zostawialiśmy za sobą zamieszkały świat, tym niżej słońce zapadało po 
północnej stronie, pozostając jednocześnie każdego dnia coraz dłużej nad horyzontem.
 Na wysokości mniej więcej 62 stopnia szerokości południowej ujrzeliśmy pierwsze 
góry lodowe, przypominające stoły, a tuż przed osiągnięciem kręgu polarnego, 
którego przecięcie w dniu 20 października uczciliśmy tradycyjną i oryginalną 
ceremonią, napotkaliśmy pierwsze poważne kłopoty z polem lodowym.

Przedzierając się przez lód, którego połać nie była na szczęście ani zbyt 
rozległa ani zbyt gruba, na 68 stopniu szerokości południowej i 175 stopniu 
długości wschodniej, wyszliśmy na otwarte wody. Rankiem, dwudziestego szóstego
 października od strony południowej oczom naszym ukazał się lśniący potężny ląd,
 a przed południem, drżąc z emocji oglądaliśmy rozległy, wyniosły, pokryty 
śniegiem łańcuch górski rozciągający się aż po skraj horyzontu. Tak oto, 
nareszcie dotarliśmy do najbardziej wysuniętego przyczółka wielkiego, nieznanego
 kontynentu i tajemniczego, mrocznego świata lodowej śmierci. Szczyty te 
należały, rzecz jasna, do odkrytego przez Rossa Masywu Admiralicji; teraz 
zadaniem naszym było opłynąć przylądek Adare i przepłynąć dalej wzdłuż wschodniego
 wybrzeża Ziemi Wiktorii, do miejsca w którym mieliśmy rozbić bazę, u brzegów 
cieśniny McMurdo, u stóp wulkanu Erebus na 77 stopniu 9 minucie szerokości południowej.



1 < Strona 2 > 3



Powrót do spisu pozycji działu Horrory







ميترا / मित्र / Ми́тра / Mitra
Mitra Taus Melek

Misja | Polityka Prywatności | | Kontakt | Zgłoś Błąd | Pióropusz.Net | Magical-Resources.Net
Internationale: Российская Федерация | English language | Deutsche Sprache | China | Lingvo Internacia


Portal Mrooczlandia www.Mrooczlandia.com
Wszelkie prawa zastrzeżone ©