Portal Mrooczlandia





[ Księga Wilkołaków ]

Rozdział XIV.
Galicyjski Wilkołak

Mieszkańcy Austriackiej Galicji - Wioska Polomyja - Letni Wieczór w Lesie - Żebrak Swiatek - Zniknięcie dziewczynki - Zaginięcie ucznia - Zaginięcie służącej - Porwanie kolejnego chłopca - Odkrycie dokonane przez karczmarza z wioski Polomyja - Swiatek aresztowany - Przeniesienie do Dabkowa - Popełnienie samobójstwa

Mieszkańcy Austriackiej Galicji ogólnie mówiąc, są spokojnymi, pokojowo nastawionymi ludźmi. Żydzi których liczebność wynosi około 1/12 wszystkich mieszkańców, są najbardziej inteligentnymi, energicznymi, i zapewne najwięcej zarabiającymi ludźmi w owej prowincji, mimo iż także i Polacy oraz Mazurzy nie są pozbawieni owych cech.

Prawdopodobnie najbardziej charakterystycznym zjawiskiem odróżniającym je od innych w całym regionie - będącym królestwem Wladimira - jest nienaturalnie wielka przewaga liczebna ludzi z stanu szlacheckiego nad ludźmi nie posiadającymi żadnych tytułów.
W roku 1837 proporcja owa wynosiła: 32,190 ludzi szlachetnie urodzonych przypadało na 2,076 kupców, handlarzy, rzemieślników itp.

Średnio w ciągu roku dokonuje się około dziewięciu egzekucji na kryminalistach, i liczba ta odnosi się do populacji czterech i pół miliona osób, nie jest to więc wysoka liczba, szczególnie zważywszy stanowczość wyroków jakie sędziowie wydawają w tej prowincji. Dotychczas, w najbardziej spokojnym i dobrze ulokowanym rejonie, czasami do najbardziej wstrząsających okrucieństw dochodziło wtedy gdy najmniej się tego spodziewano i niekiedy popełniane one były przez osobę którą można by o to najmniej podejrzewać.

Coś takiego wydarzyło się tam szesnaście lat temu, w okręgu Tornow, w Zachodniej Galicji - prowincja jest podzielona na dziewięć okręgów - i zajście owe latami będzie dostarczało babciom i staruszkom historię do opowiadania przy kominku, podczas ciężkich i długich galicyjskiej zimy.

W okręgu Tornow, będącym własnością Parkost, jest mała wioska zwana Polomyja, składająca się z ośmiu ruder i żydowskiej karczmy. Mieszkańcy są w większości drwalami, wycinającymi jodły w lesie w którym znajduje się owa wioska, po czym przenoszącymi je do pobliskiej rzeki, którą to są spławiane aż do Vistula. Każdy dzierżawca [np. chłop pańszczyźniany - przyp. tłumacza] nie musiał płacić za swą chatę i porzucenie pracy w polu, ale ograniczony był przez obowiązek odpracowania określonej ilości dni na rzecz swego gospodarza (ziemianina): co było powszechnie spotykaną praktyką w całej Galicji, i często było źródłem niezadowolenia lub niesprawiedliwości, ponieważ właściciel ziemski wymuszał wykonanie pracy na jego rzecz w czasie żniw, lub orki, i w czasie w którym wieśniacy najchętniej zajęliby się swymi własnymi poletkami. Pieniądze były rzadkością w tej prowincji, i obowiązek odpracowania był jedynym sensownym rozwiązaniem aby właściciel ziemski mógł uzyskać korzyść z swych dóbr i odebrać należne mu opłaty.

Większość wieśniaków z Polomyja była niesłychanie uboga; lecz dzięki uprawie poletek z kukurydzą, i utrzymywaniu stadka kur lub świń, byli w stanie wyżyć i utrzymać się przy życiu. Podczas lata, mężczyźni zbierali żywicę z iglastych drzew, z każdego drzewa raz na miesiąc w ciągu całego roku, nacinając na nim rowki, po których spływała żywica i skapywała do małego garnuszka umieszczonego u podstawy drzewa; zimą zaś jak już wspomniałem, ścinali drzewa i staczali je do rzeki.

Polomyja nie jest ciekawym miejscem - mieszcząca się pośród gęstych lasów iglastym, które zakrywają swym cieniem całą tą małą wioskę; nawet w najbardziej pogodne dni, ulubioną rzeczą starych kobiet jest tutaj przesiadywanie u drzwi swej chatki, wdychając niezrównany zapach żywicznego powietrza, słodszy niż aromat Wysp Korzennych, i nie ma tam nic co mogoby przewyższyć wdychanie owego aromatycznego i rozweselającego zapachu; słuchanie podobnego do dźwięku harf świstu wiatru w starych czubkach drzew, i spokojne tkanie pończoch, w czasie gdy ich wnuki hasają po wrzosowiskach i kępach rozłożystych paproci.

Wraz z nadchodzącym wieczorem, nastawał niesamowity widok słońca zachodzącego w jodłowym lasie. Słońce zanurzało się pomiędzy drzewami, i oświetlało ich pnie plamami o barwie jaskrawego szafranu, lub też zniżając się do ich poziomu wyrąbanych drzech, oświetlając je pomarańczową poświatą, będącą bardzo dużym kontrastem wobec błękitno-purpurowych cieni na zachodzie wyrąbanego lasu, głęboko i soczyście niczym wosk na śliwce. Ptaki zaczynały powracać do swych gniazd, a sokół północny krążył łagodnie wysoko ponad ziemią spowity w świetle zachodzącego słońca; baraszkując i skacząc po gałęziach, wiewiórki wracały wesołe do swych dziupli na noc.

Słońce zaszło, lecz niebo nadal lśniło łuną zachodu. Dziki kot zaczynał syczeć i hałasować w lesie, czapla zatrzepotała skrzydłami, bocian zaczął łapać równowagę aby usnąć stojąc na jednej łapie. Zabrzmiało hukanie sowy i sowy zaczęły się budzić. Słuchajmy! drwale wracają do domu z śpiewem na ustach.

Tak wygląda Polomyja w czasie lata, i jest bardzo podobna do wielu wiosek leżących w lesie, rozrzuconych co kilka mil od siebie; w każdej z nich zaś, największą i najlepiej zbudowaną budowlą był budynek użyteczności publicznej, w którym znajdował się kościół, niekiedy tylko jeden, nieważne jaki, ale zawsze posiadający bulwiastą kopułę zakończoną iglicą.

Trudno byłoby wam uwierzyć w to że wśród całej tej biedoty mógłby żyć, i to zaledwie kilka lat temu, z niedzieli na niedzielę, białobrody sędziwy człowiek który siadał przy drzwiach kościoła, prosząc o jałmużnę.

Ubodzy ludzie są tam przysłowiowo miłosierni i hojni, tak że ów stary człowiek zazwyczaj dostawał kilka miedziaków, i czasami pewne dobre kobiety zapraszały go do swych domów i pozwalały mu wziąć trochę jedzenia.

Czasami Swiatek - albowiem tak się ów żebrak nazywał, odwiedzał domostwa sprzedając ozdoby z tombaku i różańce; przeważnie jednak, mimo wszystko, zdawał się na ludzkie miłosierdzie.

Pewnej niedzieli, po wyjściu z kościoła, Mazur i jego żona, zaprosili owego biednego starca do swego domu, goszcząc go spodem z kruchego ciasta i odrobiną mięsa. Było tam kilka dzieci, oraz dziewczynka w wieku dziewięciu lub dziesięciu lat, która przyciągnęła uwagę starca swymi prostymi sztuczkami i figlami.

Swiatek znalazł w swej kieszeni i wyjął pierścień, składający się z kawałka kolorowego szkła umieszczonego ponad folią. Dał to jako prezent dziecku, które zaczęło się zachwycać swą zdobyczą wobec swych towarzyszy.

"Czy ta mała dziewczynka jest twoją córką ?" zapytał żebrak.

"Nie," odpowiedziała pani domu, "ona jest sierotą; w okolicy była wdowa która umarła, pozostawiając po sobie dziecko, no i przygarnęłam je do siebie; jedna gęba więcej nie czyni wielkiej różnicy, i Bóg będzie nam za to wdzięczny."

"Tak, tak! zapewne taka będzie Jego wola; sieroty i dzieci pozbawione ojca są przez Niego obdarzane szczególną opieką."

"Jest dobrą duszyczką i nie czyni kłopotów" zastrzegła kobieta. "Sądzę iż powinieneś wrócić na noc do Polomyja."

"Toteż tak uczynię!" oświadczył Swiatek, gdy mala dziewczynka przebiegła obok niego. Czy podoba ci się pierścień, czyż nie jest piękny ? Znalazłem go pod wielką jodłą rosnącą na cmentarzu, których to tam jest mnóstwo. Musisz się obrócić wokoło trzy razy, pokłonić księżycowi, i powiedzieć 'Zaboi!' a następnie spoglądać pod korzenie drzew tak długo aż któryś znajdziesz."

"Chodźmy!" krzyknęło dziecko do swych towarzyszy; "idziemy na poszukiwania pierścieni."

"Musisz ich szukać samodzielnie," powiedział Swiatek.

Dzieci pobiegły do lasu.

"Zrobiłem dla ciebie jedną dobrą rzecz," roześmiał się żebrak, "uwolniłem cię, na jakiś czas, od harmideru tych dzieci."

"Cieszę się z chwili ciszy," powiedziała kobieta; "dzieci nie pozwalają spać dziecku w czasie gdy hałasują. Już idziesz?"

"Tak; Muszę dotrzeć do Polomyja na noc. Jestem stary, bardzo słaby i biedny" - żebrak zaczął znów popadać w swe codzienne narzekanie - bardzo biedny, lecz dziękuję ci i modlę się do Boga za ciebie."

Swiatek opuścił domostwo.

Owej małej sieroty już nikt nigdy więcej nie widział.

Austriacki rząd, w późniejszych czasach, bardzo stanowczo naciskał na wykształcenie niższych warstw społeczny i zaczął zakładać szkoły na całej prowincji.

Pewnego dnia dzieci wracały do domu z szkoły, i rozproszyły się pośród drzewami, niektóre z nich prześladując myszy polne, inne zaś zbierały jagody jałowca, a jeszcze inne przechadzały się z rękami w kieszeniach, gwizdając.

"Gdzie jest Peter?" zapytał mały chłopiec drugiego który był przy nim. "Wszystcy trzej idziemy do domu tą samą drogą, chodźmy więc razem."
"Peter!" zaczęli krzyczeć chłopcy.
"Tutaj jestem!" usłyszeli odpowiedź zza drzew; "Idę tuż za wami."
"O, widzę go!" powiedział starszy chłopiec. "Rozmawia z kimś."
"Gdzie ?"
"Tam, pomiędzy sosnami. Ah! poszli dalej do cienia, i już ich więcej nie widzę. Ciekawe co to za człowiek, z którym on rozmawiał."

Chłopcy czekali aż się znuszili, po czym poszli do domu, zamierzając stłuc Petera za to że musieli na niego na próżno czekać. Ale Petera już nigdy więcej nie widziano.

Jakiś czas po tym, pewna służąca, należąca do małego sklepiku prowadzonego przez Rosjanina, zniknęła w wiosce odległej o pięć mil od Polomyja. Została wysłana z paczką zakupów do domu leżącego niedaleko, ale stojącego samotnie z dala od głównego skupiska chat, otoczona przez drzewa.

Dzień minął, i jej pan oczekiwał jej powrotu z niepokojem, lecz jako że pomimo upływu godzin nie było po niej żadnego śladu, tak więc - wraz z sąsiadami - zaczął jej poszukiwać.

Ziemię pokrywał drobny puszysty śnieg, tak więc jej ślady mogłyby zostać dostrzeżone wszędzie tam, gdzie zboczyła by z przetartego szlaku. W części drogi w której drzewa były najgrubsze, znaleziono ślady dwóch stóp schodzące z drogi; lecz wskutek zagęszczenia drzew powodującego powstawanie plam na śniegu i delikatnych opadów śniegu, który zanim zdołał opaść na ziemię, a już był przykryty szpilkami, zgubiono trop. Następnego poranka intensywne opady śniegu zatarły wszelakie ślady jakie mogłyby zostać odkryte w świetle dnia.

Służącej także już nikt więcej nie widział.

Podczas zimy w 1849 roku podejrzewano że wilki były szczególnie wygłodniałe, tak też więc w ten sposób ludzie próbowali wytłumaczyć sobie tajemnicze zniknięcia dzieci.

Mały chłopczyk został wysłany do źródła po trochę wody; dzban znaleziono stojący przy studni, lecz chłopiec zniknął. Wieśniacy przeszukali okolicę, i zabijali wilki napotkawszy je w okolicy.

Zaznajomiliśmy już naszych czytelników z wioską Polomyja, chociaż wydarzenia o których opowiadamy nie miały miejsca w obrębie owych ośmiu chatek, lecz w okolicznych wioskach. Powód z którego to skupiliśmy się na szczegółowym opisaniu owego zbiorowiska domostw - będących prostymi chałupami - stanie się teraz jasny.

W maju 1849 roku, szynkarzowi z wioski Polomyja zgubiło się kilka kaczek, i podejrzewał o ich kradzież żebraka żyjącego w wiosce, wobec którego to nie żywił żadnego szacunku, jako iż sam był pracowitym i skrzętnym człowiekiem, podczas gdy Swiatek utrzymywał siebie, swą żonę i dzieci z żebractwa, mimo iż posiadał wystarczająco wiele żyznej ziemi którą mógł obsiać i zebrać znakomite plony kukurydzy, i hodować jarzyny, jeśli tylko by się do tego przyłożył i o to troszczył.

Gdy tylko szynkarz wkroczył do chatki, do jego nozdrzy dotarł zapach pieczeni.

"Złapię złodzieja na gorącym uczynku" powiedział szynkarz do samego siebie, skradając się do drzwi, i starając się nie zostać zauważonym.

Gdy tylko otworzył drzwi, zobaczył jak żebrak pospiesznie coś zawija pod swym siedziskiem, i ukrywa to w długim kawałku materiału. Szynkarz znalazł się natychmiast przy nim, złapał go za gardło, oskarżył o kradzież i zerwał go z siedziska. Ogarnęło go straszliwe przerażenie, gdy w czasie rozwijania zwoju materiału zawiniętego przez żebraka wypadła głowa dziewczynki w wieku około czternastu lub piętnastu lat, starannie oddzielona od korpusu.

Po chwili przybyli sąsiedzi. Starzec Swiatek został aresztowany i oddzielony do swej żony, i jego córki - dziewczynki w wieku szesnastu lat, i syna - w wieku pięciu lat.

Chatka została szczegółowo przeszukana, i odnaleziono pozostałe członki biednej dziewczynki. W kadzi znaleziono nogi i uda, częściowo surowe, częściowo ugotowane lub usmażone. W skrzyni znaleziono serce, wątrobę i wnętrzności, wszystkie oczyszczone i przygotowane, tak dokładnie że można by rzec iż wyglądało to na robotę fachowego rzeźnika; a w końcu, pod piecem kuchennym, odnaleziono butelkę pełną świeżej krwii. W drodze do sądu okręgowego, nieszczęśliwy człek rzucał się na ziemię, i zmagając się z strażnikami, próbował się udusić i zadławić połykając ziemię i kamienie, lecz uniemożliwiali mu to pilnujące go osoby.

Kiedy postawiono go przed Komisarzem w Dabkow, zeznał że zabił i - wraz z swą rodziną - zjadł sześć osób, niemniej jednak, pewne było iż prawdziwa liczba jego ofiar była o wiele wyższa niż ta którą zeznał, o czym świadczył fakt, iż w jego domu znaleziono czternaście różnych czapek oraz ubrań, zarówno męskich jak i kobiecych.

Zgodnie z zeznaniami Swiatka, przyczyna owego straszliwego i zdeprawowanego zwyczaju była następująca:

W roku 1846, czyli trzy lata wcześniej, w sąsiedztwie spłonęła żydowska karczma, i gospodarz owej karczmy wraz z swą żoną zginęli w pożarze. Swiatek, podczas przeszukiwania pogorzeliska, znalazł na wpół upieczone ciało szynkarza leżące w zwęglonych krokwiach domu. W owym czasie ów stary człek cierpiał z powodu głodu, nie mogąc od jakiegoś czasu zdobyć pożywienia. Zapach i widok spieczonego ciała wyzwoliły u niego niepohamowaną żądzę skosztowania ciała. Oderwał kawałek zwłok i nasycił nim swój głód, tak też od tej chwili zasmakował w owym jedzeniu do tego stopnia, że nie mógł się odpędzić od myśli o ponownym zakosztowaniu ludzkiego mięsa. Jego drugą ofiarą była wyżej wspomniana sierota; począwszy od tej chwili - to jest przez okres około trzech lat - przeżył żywiąc się w ten sam sposób, zarówno odzyskując swą wagę, jak też i przytywszy od jedzenia owego straszliwego jadła.

Odkrycie owych okrucieństw wywołało silne poruszenie i liczne niepokoje; kilka biednych matek które opłakiwały stratę swych maleństw zaczęło na nowo przeżywać rozpacz i ich rany w sercu się otworzyły ponownie. Powszechne oburzenie osiągnęło najwyższy stopień: zaczęto się nawet obawiać czy rozwścieczony tłum nie zechce rozerwać na strzępy owego przestępcę gdy tylko dojdzie do jego procesu: lecz Swiatek sam - zaoszczędzając im konieczności podjęcia nadzwyczajnych środki ostrożności - późnym wieczorem w swej celi, powiesił się na kracie więziennego okna.



Powrót do Księgi Wilkołaków







ميترا / मित्र / Ми́тра / Mitra
Mitra Taus Melek

Misja | Polityka Prywatności | | Kontakt | Zgłoś Błąd | Pióropusz.Net | Magical-Resources.Net
Wyszukiwarka zasobów Portalu Mrooczlandia
Internationale: Российская Федерация | English language | Deutsche Sprache | China | Lingvo Internacia

Portal Mrooczlandia www.Mrooczlandia.com
Wszelkie prawa zastrzeżone ©