Portal Mrooczlandia



[ Magia ] - [ Publikacje ] - [ Ofiolatria: Kult Węża ]

Ofiolatria: Kult Węża

Rozdział VI

Meksykańska Świątynia Montezumy - Symbol Węża w Meksyku - Piramida Cholula - Legenda o Olbrzymach z Anahuac - Świątynia Quetzalcoatla - Indianie Ameryki Północnej i grzechotnik - Indiańska legenda o Wielkim Wężu - Węże na Wzgórzach Zachodu - Bigoteria i Głupota Hiszpańskich Najeźdźców Zachodu - Powszechne występowanie meksykańskiej Ofiolatrii.

Pomniki w Meksyku przedstawiające węża są bardzo liczne oraz są szczególnie widoczne dla niemal każdego kto wędruje po tym interesującym kraju. Symbol ten jest równie widoczny w starożytnych malowidłach.

"Wielka świątynia w Mexico", pisze Acosta, "została zbudowana z wielkich kamieni w sposób przypominający węże związane jedne z drugimi, oraz z kręgu zwanego coate-pantli który był kręgiem węży". Duran informuje nas że ta świątynia była najwyraźniej wzniesiona przez pierwszego Montezumę "dla wszystkich bogów" i stąd też zwano ją Coatlan, dosłownie znaczące "miejsce węża". Zawiera ona, jak nas również informuje ów autor, świątynię lub kaplicę Tezcatlipoca, Huitzlipochtli i Tlaloc, zwaną Coateocalli, "Świątynia Węża."

Bernal Diaz przekazuje nam w swych doniesieniach o marszu Corteza do Meksyku: "Dotarliśmy dzisiaj do miejsca zwanego Terraguco, jak nazwaliśmy miasto węży, z powodu olbrzymich figur owych gadów które znaleźliśmy w ich świątyniach, a które oni czczcili jako swych bogów".

Nie można przypuszczać że cały kult węża - był po prostu czczeniem samego gada lub fetyszyzmem, o którym się mówi że w tej postaci istnieje on w pewnych częściach Afryki - przetrwał w Meksyku. Wąż wszedł do ich systemu religijnego tylko jako symbol. Nie jest to jednakże niemożliwe, wręcz przeciwnie, jest to bardzo prawdopodobne, że stopień religijnego poszanowania wiązał się z samymi wężami. Zgodnie z Bernal Diaz, żywe grzechotniki były przetrzymywane w wielkiej świątyni w Meksyku jako święte przedmioty. Pisze on: "ponadto, w tym przeklętym domu trzymają oni żmije i jadowite węże, które mają coś na swych ogonach przypominającgo grzechotki i są one najgorszymi z żmij. Są one trzymane w koszach i beczkach, oraz zagłębieniach w ziemi, na pierzu, składają one tam swe jaja i karmią wylęgajace się węże, oraz są karmione ciałami ofiar złożonymi w ofierze, oraz mięsem psów".

Charlevaix w "Historii Paragwaju", donosi że "Alvarez, podczas jednej z jego wypraw do tego kraju, odkrył miasto w którym była wielka wieża lub świątynia, stanowiąca siedlisko potwornych węży które mieszkańcy obrali za swe bóstwa i które karmili ludzkim mięsem. Były ona szerokości woła i długości od siedmiu do dwudziestu stóp". Te doniesienie było traktowane jako pewnego rodzaju niezbyt prawdziwa wzmianka, mimo że możliwe jest że Kult Węża istniał gdzieś wśród prymitywnych plemion Ameryki Południowej.

Autor donosi także "warte uwagi jest to że Diaz był mało skłonny do spoglądania z zachwytem na religię Meksykan, lub cokolwiek co by się z nią wiązało i te właśnie uprzedzenie pozostawiło ślady swego wpływu na jego język. Jego relacje, mimo wszystko, mogą być traktowane jednak jako prawdziwe w swej istocie".

Mr. Mayer, w swej książce o Meksyku, przytacza ciekawe doniesienia o starożytnych i nadzwyczajnych piramidach indiańskich, będących bezpośrednio związanych z Quetzalcoatlem którego już omówiliśmy.

Jest to jedna z najbardziej wyraźnych pozostałości po tubylcach na kontynencie, i mimo że jest zbudowana tylko z suszonej na słońcu cegły lub powszechnie spotykanych brykietów suszonych na słońcu, to nadal pozostaje ona w wystarczająco wyraźnym stanie uderzając każdego obserwatora cudem pracy indiańskich budowniczych. To czemu była ona przeznaczona - czy była grobowcem czy świątynią, nikt nie jest w stanie ocenić z całą pewnością, mimo najmądrzejsi historycy traktują ją zagadkową budowlę od czasów podboju. W środku równiny Indianie wznieśli górę. Podstawa nadal przetrwała dając nam pojęcie o jej rozmiarach; lecz jaka była jej pierwotna wysokość? Czy był to grób jakiegoś potężnego władcy lub suwerennego księcia; czy też było to po prostu miejsce składania ofiar?

Wiele lat temu podczas wycinania nowej drogi ku Puebla z Meksyku niezbędne stało się przecięcie cześci podstawy tej piramidy. Prace wykopaliskowe doprowadziły do odkrycia kwadratowej komory, zbudowanej z kamienia, dach której stanowiły cyprysowe belki. Wewnątrz niej odkryto posążek bóstwa z bazaltu, pewną liczbę pomalowanych waz i pozostałości dwóch martwych ciał. Odkrywcy nie otoczyli tych pozostałości należytą opieką i zostały one dla nas utracone na zawsze.

Zbliżając się do piramidy z wschodu, wydaje się ona tak bardzo uszkodzona i zarośnięta przez drzewa że trudno jest wyraźnie dostrzec jej zarysy. Z zachodu jednak, może być dostrzeżony bardzo piękny widok tego masywnego monumentu i możemy zobaczyć jak on wznosi się w swej samotnej wielkości na szeroko rozpościerającej się wokoło równinie. Dobrze wybrukowana droga wycięta przez dawnych Hiszpanów, wznosi się z północno-zachodniego narożnika z krokami o regularnej przerwie, pochylając się ku zachodniej stronie do górnej ławy tarasu i stamtąd powracając taką samą trasą aż do miejsca w którym spotyka się z rzędem schodów wznoszących się do przodu małej, kopulasto zakończonej kaplicy, otoczonej zagajnikiem cyprysów i poświęconej Dziewicy Zaradności.

Szczyt jest doskonale równy i chroniony przez mury odgrywające rolę parapetów, skąd rozciąga się wspaniały widok na każdą stronę ponad poziom doliny. Czymkolwiek ta budowla była, idea z nią związana wywołuje tak silne uniesienie że ludzie mogli się oddawać modlitwie - lub nawet obchodzić tutaj parady lub zabawy - była ona wysublimowaną koncepcją, poświęconą ludziom którzy, stulecia wcześniej, cierpliwie znieśli wzniosłą piramidę i otaczani są poważaniem oraz szacunkiem z strony potomnych.

Dotrwała ona do dzisiaj a także cztery opowieści o Piramidzie z Cholula, wznoszących się jedna ponad drugą i połączonych tarasami. Owe kamienie były ukształtowane, jak już powiedzieliśmy, z brykietów wysuszonych na słońcu, przeplatanych miejscami powłokami tynku i kamiennych dzieł. "I to jest wszystko", pisze Mr. Mayer, "co można powiedzieć lub opisać. Stare rzeczy jak to - są równie interesujące jak to - badane jak to się dzieje z wszelakimi zabytkami w każdym kraju - wyniki zawsze są takie same. Indianie powiedzieli że jest to miejsce pochówku i meksykanie dadzą ci uniwersalną odpowiedź pełną ignorancji w tym kaju: Któż to zna ? - kto wie ? kto może powiedzieć ?"

Baron Humboldt napisał: - "Piramida z Cholula jest dokładnie takiej samej wysokości jak piramidy z Tonatiuh Ylxaqual, w Teotihuacan. Jest trzy metry wyższa niż piramida Mykerinosa, lub trzecia z wielkich piramid egipskich z grupy istniejącej w Gizie. Jej podstawa, niemniej jednak, jest większa niż ta należąca do piramid odkrywanych przed podróżnych w Starym Świecie i dwukrotnie większa niż podstawa znanej nam Piramidy Cheopsa. Ci którzy pragnęli stworzyć ideę olbrzymiej bryły tego Meksykańskiego pomnika przez porównanie z najlepiej im znanymi obiektami, mogą sobie wyobrazić kwadrat o boku ponad czterokrotnie większym niż plac Vendôme w Paryżu, pokryty warstwami brykietów wznoszący się dwukrotnie wyżej niż Luwr. Niektóre osoby wyobrażają sobie że ta dziura w budowli nie jest sztuczna, lecz wraz z wyprawami jakie zostały tam dokonane nie znaleziono dowodów pozwalających wątpić że jest to w pełni zamierzone dzieło sztuki. W tym dzisiejszym stanie (i mimo że ignorujemy jej doskonałą pierwotną wysokość) jej proporcja wysokości do podstawy wynosi 8:1, podczas gdy proporcje trzech wielkich piramid z Gizy z tego co odkryto wynoszą 1,6:1 i 1:1,7; lub też mówiąc innaczej 8:5".

Czy nie mogło być tak że podstawa pewnej potężnej świątyni została zniszczona na długo przed podbojem Ameryki i kiedy nawet tradycje nie były podtrzymywane dłużej pośród okolicznych Indian ?

W kontynuacji swej wypowiedzi Humboldt spostrzega "to mieszkańcy Anahuac widocznie zapragnęli nadać Piramidzie z Cholula taką samą wysokość i dwukrotnie większą podstawę niż w przypadku Piramidy z Teotihuacan i tej należącej do najwyższej znanej piramidy z Egiptu, posiada onaa podstawę o stosownej długości i jest podobna do piramidy z Cholula pod względem swej budowy z brykietów. Katedra Strasburga jest niższa od niej o osiem stóp, a krzyż św. Piotra w Rzymie ma 41 stóp wysokości mniej niż szczyt piramidy Cheopsa. Pyramidy istnieją w całym Meksyku; w lasach Papantla na krótkim obszarze ponad poziomem morza; na równinach w Cholula i w Teotihuacan, na wzniesieniach które przewyższają przejścia w Alpach. W bardzo szeroko rozproszonych narodach, w większości różnych klimatów, ludzie jak się wydaje, przyjęli ten sam sposób budowania, te same zdobienia, te same zwyczaje, umieścili ponad sobą te same struktury polityczne".

Czy jest to argument ? zostałem zapytany; na to że wszyscy ludzie wywodzili się z jednego plemienia, lub to że ludzkie umysły są wszędzie takie same i kierowane przez podobne interesy lub potrzeby, nieodmiennie prowadzące do tych samych wyników, niezależnie czy spojrzymy na strzały czy też na piramidy, stworzenie prawa lub wynalezienie łyżek ?

"Tak bardzo niedowierzam", pisze Mayer, "wszelakiej ciemnocie i usilnym błądzeniu po omacku przez historyków, że wolę mimo wszystko przekazać wam pewne zarysy i legendy które mogą posłużyć przynajmniej do opierania na nich swych przypuszczeń jak i boskości tych którzy dla których owa piramida została wniesiona i jako dowód, być może, że w zamierzeniu jej twórców była ona świątynią i nie skrywała wewnątrz siebie grobu".

Tradycja, która została zapisana przez dominikańskiego mnicha który odwiedził Cholula w 1566 roku, jest więc przytoczona z jego dzieła, przez cytowanego już powyżej podróżnika.

"Przed wielką powodzią która miała miejsce 4,800 lat po stworzeniu świata, kraj Anahuac był zamieszkiwany przez gigantów, wszystcy z nich albo polegli podczas potopu albo zostali zamienieni w ryby, przeżyło tylko siedmiu którzy skryli się w jaskiniach".

"Kiedy wody opadły, jeden z olbrzymów zwany Xelhua, o przydomku "Architekt", udał się do Cholula, które tak jak to upamiętnia pomnik z Tlaloc służyło mu i jego sześciu braciom jako przytułek, zbudował sztuczne wzgórze w kształcie piramidy. Nakazał aby zrobiono brykiety w okolicach Tlalmanalco, u stóp Gór Cecotl i w celu przeniesienia ich do Cholula umieścił on rząd ludzi który przekazywali sobie brykiety z ręki do ręki. Bogowie ujrzeli, z oburzeniem, budowlę której wierzchołek dosięgał chmur. Rozgniewani śmiałą próbą Xelhua, cisnęli ogień na piramidę. Mnóstwo robotników zginęło. Praca została porzucona i pomnik został później poświęcony Quetzalcoatlowi". O tym bogu zamieściliśmy już informację w tym rozdziale.

Poniższa niezwykła historia będąca w związku z tym bóstwem i pewnymi usługami jego świątyni, została znaleziona w "Natural and Moral History of Acosta," tom 5, rozdział 30.

"Było to w świątyni Quetzalcoatla, w Cholula, na dziedzińcu o stosownej wielkości, na którym oni dokonywali wielkich tańców i zabawiali się grami oraz komediami, w dzień święta tego bożka, którego posążek w owym celu był pośrodku dziedzińca, na scenie o boku 13 stóp, o bardzo pięknie nakrytym i przyozdobionym - który oni przykryli kwiatami tego dnia - z wszelaką sztuką i pomysłowością jaka mogła być, będąc otoczony wokoło łukami kwiatów i piór, w pewnych miejscach były przywiązane małe ptaki, króliki i inne udomowione zwierzęta. Po kolacji, wszyscy ludzie zebrali się w tym miejscu, a aktorzy przedstawiali się oraz grali komedie. Niektórzy udawali głuchych i reumatyków, inni kulawych, niektórzy zaś ślepców i kalekich którzy przybyli aby szukać uzdrowienia dzięki posążkowi bóstwa. Głusi odpowiadali w bardzo pogmatwany sposób, reumatycy kaszleli, kulawi szli powoli, opowiadając o swym cierpieniu i żalu, tym samym doprowadzając ludzi do śmiechu. Inni przybywali przebrani za małe zwierzęta, niektórzy przebrani niczym ślimaki, inni za ropuchy, a jeszcze inni za jaszczurki; następnie zebrali się razem opowiadając o swym zajęciu, i wszyscy wycofali się do swego miejsca grając na flecie muzykę która brzmiała przyjemnie dla uszu. Następnie w podobny sposób naśladowali motyle i małe ptaki w różnych kolorach które były przedstawiane przez dzieci które zostały wysłane do świątyni na szkolenie. Następnie udali się do małego lasu, zasadzonego tutaj w tym celu, gdzie kapłani świątyni zaprosili ich tutaj wraz instrumentami muzycznymi. W międzyczasie wygłaszali oni wiele przyjemnych przemówień, niektóre z nich miały charakter propozycji, inne w obronie, czym bardzo przyjemnie zabawiali widzów. Kiedy już zakończono, zakładali oni maski lub dokonywali maskarady przebierając się za wszystkie ważne osoby i w ten sposób kończyło się święto."

Z tych tradycji możemy wyciągnąć kilka wniosków - pierwszy fakt świadczy o tym o tym że Quetzalcoatl był "bogiem powietrza"; po drugie że był on przedstawiany jako "upierzony wąż", po trzecie że był on wielkim bóstwem w Cholulans, po czwarte że wzgórze zostało wzniesione przez nich po tym jak wznieśli oni świątynię dla jego chwały, gdzie obchodzili jego święta hucznie i wspaniale.

Połączywszy razem te wszystkie fakty, niedorzecznością było by wierzyć że Piramidy Cholula były podstawą tej świątyni, ponieważ był on tutaj czczony jako Wielki Duch Powietrza - lub pór roku, Bóg który przyczynia się do płodności ziemi, regulowanej przez Słońce, wiatr i deszcz, a stąd też roznosił obfitość urodzaju i płodność po ziemi. Uważano tutaj także, że wąż może być pewnego rodzaju odmianą błyskawicy, a pióra oznaczają zwinność, co oznacza jedną z cech powietrza - które jest najbardziej szybkie i niszczące.

Mr. Mayer pisze: - "Ciągle widziałem węże, w mieście Meksyku, wyryte na kamieniu oraz w różnych zbiorach zabytków" i przytacza rysunki kilku głównych wyobrażeń, szczególnie jednego wyrytego z wyśmienitym kunsztem i odnalezionego na dziedzińcu zabytku zwanego "Uniwersytetem".

Vasquez Coronado, gubernator Nowej Galicji, jak Hiszpanie nazywali północne tereny, napisał do Viceroy Mendoza w 1539 roku, w sprawie nieznanych regionów leżących poza jego zasięgiem na północy. Jego doniesienie opierało się głównie na barwnych relacjach jakie zdał Friar Marco Niza i nie było wiarygodne na tyle by szło na nich polegać. W tym liście wspomniał on że "w prowincji Topira są ludzie którzy mają wielkie wieże i świątynie pokryte słomianymi dachami, z małymi okrągłymi oknami, wypełnionymi ludzkimi czaszkami, przed świątynią jest wielka okrągła sadzawka, brzegi której są otoczone przez węże, wykonane z różnych rodzaju metalu, które trzymają w paszczach swój ogon i przed którymi ludzie są składani w ofierze".

Du Paix przytoczył wiele przykładów płaskorzeźb przedstawiających węża, które odkrył podczas swego odkrywania zabytków w Meksyku. Jeden z zabytków znalezionych niedaleko starożytnego miasta Chochimilco, przedstawiał węża zwiniętego w sztuczny sposób, wyrytego z bloku porfiru. "Jego długie ciało było zgrabnie zwinięte, pozostawiając jego głowę i ogon wolne. Jest coś intrygującego w wyglądzie tej figurki. Głowa węża jest uniesiona i ciekawie ozdobiona, jego otwarta paszcza ukazuje dwa długie i ostro zakończone kły, jego język (który jest niezwykle długi) jest rozczepiony ekstremalnie niczym kotwica, jego ciało jest pokryte łuskami a jego ogon (zwinięty w kręgi) zakończony jest trzema grzechotkami. Wąż był często spotykanym symbolem u Meksykańskich artystów. Giętkość tej figurki odzwierciedla jego możliwość przybierania niezliczonych kształtów ułożenia ciała, regularnie i nieregularnie, wykorzystując tą zdolność i zmienność swego wyglądu bez ograniczeń i nadawania mu nienaturalnych pozycji ciała".

Niedaleko Quauhquechúla, Du Paix odkrył kolejne wyróżniające się płaskorzeźby węża wyrytego w czarnym bazalcie, tak splątanego że przestrzeń powstała wewnątrz fałdami jego ciała tworzy zbiornik wystarczająco wielki do przechowywania zadowalającej ilości wody. Ciało gada zostało spiralnie zwinięte a głowa prawdopodobnie służyła za rękojeść podczas przenoszenia owego naczynia. Był on ozdobiony kręgami i posiadał ogon właściwy grzechotnikom.

Du Paix odkrył także w Tepeyaca, w dzielnicy miasta zwanego St. Michael Tlaixegui (oznaczające w języku meksykańskim górską jaskinię) węża wyrytego w czerwonym porfirze. Jest on dużych rozmiarów, ustawiony w pewnej pozie i zwinięty wokoło siebie w spiralny okrąg tak że powstała pusta przestrzeń lub poprzeczna oś w środku. Głowa, która ma dziki wyraz, jest uzbrojona w dwa długie i ostre kły a język rozdwaja się wraz z długością. Cała powierzchnia ciała jest ozdobiona lub pokryta szerokimi i długimi piórami, ogoń zaś zakończony został czterema grzechotkami. Jego długość od głowy do końcowych części ogona wynosi około dwudziestu stóp i stopniowo zmniejsza się jego grubość. "Ten gad", pisze Du Paix, "był królem lub olbrzymem swego gatunku i w pogańskich czasach był bóstwem wielce szanowanym pod nazwą Quetzalcoatl, lub Upierzony Wąż. Jest on doskonale wyrzeźbiony i zachowały się nadal ślady świadczące o tym że był kiedyś pomalowany cynobrem."

Lecz symboliczny upierzony wąż występował nie tylko w Meksyku i Jukantanie. Squier, w swej pracy "Odkrywanie Nikaragui" kilka razy wspomniał o nim. Niedaleko miasta Santiago de Managua, stolicy Republiki, umieszczony na wybrzeżu Jeziora Managua lub Leon i niedaleko szczytu krawędzi wysokiego wulkanu który oddzielał wodę płynącą do Atlantyku od wody płynącej do Pacyfiku, jest wygasły krater, obecnie częściowo zalany wodą, tworzący jezioro posiadające obwód o średnicy około dwóch mil, zwane Nihapa. Boki krateru są pionowymi ścianami o wysokościach zawierających się w zakresie od 500 do 800 stóp. Jest tam jednak miejsce w którym można zejść do krateru. Prowadzi ono do małej przestrzeni, utworzonej przez przewrócone głazy i gruz skalny który pozwala na przejście podróżnikom. Stojąc tutaj, zobaczył ponad sobą, na gładkiej powierzchni klifu, różne figury, wykonane przez ludność tubylczą i pomalowane czerwoną farbą. Najbardziej tajemniczą spośród nich, jest upierzony wąż, zwinięty i ozdobiony. Posiada on średnicę prawie czterech stóp. Ponad niektórymi innymi skałami zostały stworzone malowidła przedstawiające węża, doskonale odpowiadające przedstawieniom z "Kodeksu Drezdeńskiego" skopiowanym przez Kingsborough i potwierdzające przypuszczenia i domysły jakie wysuwał Humboldt i inni badacze że ten symbol zawarty w kodeksie drezdeńskim posiadał swój początek na południu Meksyku. Figura została skopiowana jak się przypuszcza przez krajowców ktrórzy odwiedzali ją jako przedstawienie słońca. Kilka lat temu, duża figura słońca i księżyca była widoczna na klifie, lecz ściana na której one były namalowane rozpadła się podczas wielkiego trzęsienia ziemi w 1838 roku. Część figur można dostrzec nadal, wypatrując ich wśród przewróconych fragmentów.

Jest to niezwykły fakt że wiele spośród plemion Indian Ameryki Północnej posiadało wierzenia związane z wężami, a szczególnie z grzechotnikami. Mimo ciągłego unikania ich, nigdy nie zabijali ich, "aby" pisze Bartram, "duch węża nie zapragnął zemścić się na ich bliskich".

Zgodnie z tym co pisał Adair, lęk ten był nieodłącznie związany z szacunkiem. Charlevoix donosi że plemię Natchez posiadało figurę grzechotnika, wyrzeźbioną z drewna, stawianą pośrodku innych przedmiotów na ołtarzu w ich świątyni, w której oddawali jej oni wielką cześć. Heckwelder donosi że Linni Linape, nazywali grzechotnika "przodkiem" i nie ma wzmianki o tym aby zezwali na zabijanie grzechotników. Henney donosi że Indianie mieszkający wokoło Jeziora Huron posiadali podobne wierzenia i także określali grzechotnika jako swego "przodka". Wspomina on także przypadki w których ofiarowali mu przyrządzony tytoń i podczas składania dla niego ofiar, prosili go o otoczenie ich swą opieką. Carver wspomina także o przypadku podobnego zachwowyania się Indian Menominee, którzy nosili grzechotniki ciągle przy sobie, "traktując je jako bóstwo i nazywając je swymi przodkami".

Ogrom szacunku z jakim owe gady były otaczane jest uważany w owych sprawach za związany z owymi wierzeniami tak bardzo powszechnymi pośród prymitywnych plemion, pod wpływem których wszystko nadzwyczajene w naturze było traktowane jako czarodziejskie lub tajemnicze i stąd też zasługujące na szacunek. Wciąż pojawia się, łączony pod tym wszystkim, pozostałość wierzeń Ofitów (czcicieli węży) o różnych charakterze które są ukazywane w ogólnym używaniu węża jako symbolu niematerialnych mocy, "Manitu" lub duchów.

Mr. James, w swym dzienniku będącym w posiadaniu Towarzystwa Historycznego Nowego Jorku donosi, "że Menominees tłumaczy manitou plemienia Chippeways jako ahwahtoke" co wyraźnie oznacza węża. "Trudne do ustalenia jest to, czy", kontynuuje on, "słowo owe było stworzone jako nazwa na zadziwiający lub odrażający przedmiot, a następnie przeniesione do używania wobec bytów duchowych, lub czy też rozszerzyło swe znaczenie w przeciwnym kierunku". Bossu także potwierdza że plemię Arkansas wierzyło w istnienie Wielkiego Ducha, którego czcili pod postacią węża. Na bardziej wysuniętych na północ terenach był on symbolem złej mocy.

Mamy tutaj należyte wprowadzenie w tradycje związane z wielkim wężem, które to do dzisiejszego dnia istnieją wśród większości Indian z rodziny Algonkin. Pozwala to na dostrzeżenie pewnego zdumiewającego podobieństwa z alegorycznymi doniesieniami z Starego Świata. Wielki Nauczyciel plemion Algonkin, Manabozho, jest zawsze przedstawiany jako przeciwnik wielkiego węża, złego ducha, który jest bardzo podobny do egipskiego Tyfona, indyjskiej Kali i skandynawskiego Węża Midgardu. Jest także powiązany z plemionami Algonkin wzmianką o potopie; tak jak Tyfon jest ukazywany jako przeciwnik Ozyrysa, lub Apollo, Kali Suwie lub Słońcu, a Midgard wobec Wotana lub Odyna, tak on jest umieszczany w odpowiedniej relacji z Manabozho. Konflikty pomiędzy tymi dwoma postaciami są częste; i mimo że walki są czasami długie i niepewne, Manabozho zazwyczaj odnosi zwycięstwo ponad swym przeciwnikiem. Jedna z ich walk zawierała w sobie zniszczenie ziemi przez wodę i jej odbudowę dzięki potężnemu i dobroczynnemu Manabozho. Tradycja w której zawiera się to wielkie wydarzenie została przekazana przez Kah-ge-ga-gah-boowh, wodza plemienia Ojibway. W wszystkich swych szczegółach, jest ona zapisana w znaczeniu prostych symbolicznych rysunkach Indian i rozpowszechniona po wszystkich terenach zamieszkiwanych przez rodzinę szczepów Algonkin.

Pewnego dnia powracając do swej kwatery z długiej podróży, Manabozho zaczął szukać swego młodszego kuzyna, który mieszkał z nim, zawołał jego imię głośno, lecz nie otrzymał odpowiedzi. Rozejrzał się na piasku spoglądając na ślady jego stóp i wtedy spostrzegł, za pierwszym razem, ślady jakie pozostawił po sobie Meshekenabek, wąż. Wiedział dzięki temu że jego kuzyn został porwany przez jego wielkiego wroga. Uzbroił się i podążył tropem, przeszedł wielką rzekę, przekroczył góry i doliny aż dotarł na brzeg głębokiego i ciemnego jeziora zwanego obecnie Jeziorem Manitou Lake, Jeziorem Ducha, lub Jeziorem Diabłów. Ślad jaki pozostawił po sobie Meshekenabek wiódł aż na brzeg wody.

Na dnie tego jeziora było siedlisko weża, i było ono wypełnione złowrogimi duchami - jego sługami i towarzyszami. Ich kształty były potworne i straszliwe, lecz większość, podobnie jak ich pan, przypominała węże. W środku tego straszliwego zbiorowiska był sam Meshekenabek, oplatający się całym swym ciałem wokoło nieszczęsnego kuzyna Manabozho. Jego głowa była czerwona niczym krew, a oczy miały dziki wyraz i żarzyły się niczym ogień. Jego ciało było uzbrojone w twarde łuski które lśniły w wszystkich kolorach i odcieniach.

Manabozho spojrzał w dół na wijące się złe duchy i zaprzysiągł im surową zemstę. Pokierował chmurami tak, aby zniknęły z nieba, sprawił że wiatr zanikł a powietrze ponad jeziorem manitous zatrzymało się w ruchu, poprosił słońce aby świeciło z całą swą siłą; było tak ponieważ chciał on zmusić swego wroga aby ów zaczął szukać chłodnego cienia drzew, które rosły na brzegu i aby dzięki temu mógł się na nim zemścić.

Tymczasem, Manabozho chwycił za swój łuk oraz strzały i usadowił się niedaleko miejsca w którym spodziewał się że wąż wyjdzie na brzeg aby wypocząć w cieniu. Następnie przeniósł się na złamany pniak zaschniętego drzewa, tak aby jego wrogowie nie mogli odkryć jego obecności.

Wiatry ustały i słońce zaczęło silnie przygrzewać nad jeziorem diabelskich manitous. Wraz z tym jak woda zaczęła wrzeć i bąble zaczęły wypływać na powierzchnię, promienie słońca dotarły do straszliwej gromady w głębinach jeziora. Wzrosło zamieszanie i wąż wystawił swą głowę ponad środek jeziora po czym rozejrzał się wokoło po brzegach. Nakazał innym wyjść na powierzchnię i nasłuchiwać kroków Manabozho lecz nic nie usłyszeli na powierzchni ziemi, a wtedy jeden rzekł do drugiego, "Manabozho śpi". I kiedy oni wyszli z wody, stanęli bardzo blisko niego.

Nie minęło wiele czasu od chwili kiedy jezioro stało się bardziej wzburzone, a zaczęły się gotować jego największe głębiny i gorące fale zaczęły się rozbijać o skały na brzegu jeziora. Wzburzenie wody wzrastało coraz bardziej i wkrótce Meshekenabek, Wielki Wąż, wynurzył się powoli na powierzchnię i skierował ku brzegom jeziora. Jego krwisto-czerwona głowa lśniła głębokim odcieniem, a odbicia jego lśniących łusek pokryły las niczym poranne słońce zimą. Podążył za złymi duchami, tak wieloma, że zajęli oni brzegi jeziora swymi okropnymi rozpływającymi się ciałami.

Zobaczyli złamany, przewrócony pniak w którym schował się Manabozho i podejrzewając że może to być jedna z jego kryjówek, ponieważ znali jego przebiegłość, jeden z nich zbliżył się do niego i oplótł go swym ogonem, a następnie zniósł go w dół. Lecz Manabozho stał dzielnie, mimo że z trudem powstrzymywał się od głośnego śmiechu, ponieważ ogon potwora łaskotał jego boki.

Wielki Wąż rozłożył swe cielsko pomiędzy drzewami w lesie i reszta potworów podobnie uczyniła znajdując schronienie w cieniu, podczas gdy jeden z nich nasłuchiwał kroków Manabozho.

Kiedy wszyscy zasnęli, Manabozho po cichu wyjął strzałę z swego kołczanu, założył ją w swym łuku i wycelował ją tam gdzie widział serce bijące po boku Wielkiego Węża. Wystrzelił ją i z rykiem który zatrząsł górami oraz wystraszył dzikie zwierzęta w ich jaskiniach, przebudził potwora i towarzyszące mu straszliwe towarzystwo, które wydając straszliwe dźwięki wściekłości i przerażenia, wskoczyło z powrotem do jeziora. Tutaj wyładowali oni swą złość na bezużytecznym dla nich kuzynie Manabozho, którego ciało rozszarpali na tysiące kawałków, a jego rozszarpane płuca wypłynęły na powierzchnię i pokryły ją czyniąc ją białą. I takie jest pochodzenie piany na wodzie.

Kiedy Wielki Wąż uzmysłowił sobie że jest śmiertelnie ranny, zarówno on jak i złe duchy wokoło niego stali się dziesięciokrotnie bardziej straszliwi poprzez swój wielki gniew, wznieśli się aby zmiażdżyć Manabozho. Woda jeziora zafalowała z jej ciemnych głębin i z odgłosem wielu ryków, wytoczyła się szaleńczo na brzegi jeziora, niosąc przed sobą skały i kamienie w swej niepowstrzymanej wściekłości. Wysoko na szczycie głownej fali, czarnej niczym północ, unosząca zwijającego się z bólu Meshekenabeka i rozglądającego się wokoło swymi czerwonymi oczami, a gorący oddech potwornego zgromadzenia syczał silnie ponad uciekającym Manabozho. Wtedy Manabozho pomyślał o swych indiańskich dzieciach i pobiegł do swej wioski, przebiegł przez wioskę i zalarmował wszystkich aby uciekali w góry, ponieważ Wielki Wąż chce zatopić ziemię w swym wygasającym gniewie, nie zachowując niczego żywego. Indianie złapali swe dzieci i szybko udali się bezpiecznie tam gdzie im nakazał.

Lecz Manabozho kontynuował swój bieg wzdłuż podstawy zachodnich pagórków i ostatecznie znalazł schronienie na wysokiej górze poza Jeziorem Górnym, na północy. Tutaj znalazł wielu ludzi i zwierząt którzy uciekli przed wodą która obecnie pokrywała już doliny i równiny, a nawet wysokie pagórki. Nadal podnosił się poziom wód i wkrótce wszystkie góry były zalane, zachowała się tylko ta na której stał Manabozho. Wtedy zebrał on razem drzewa, zbudował pewnego rodzaju tratwę na której człowiek i kobieta, oraz zwierzęta które były wraz z nimi, zostali wszyscy umieszczeni razem. Zrobił to natychmiast, zanim wzrastający poziom wody zakrył górę i wszyscy oni unosili się samotnie na powierzchni wód; tak też dryfowali przez wiele dni, niektórzy umarli, a reszta ich opłakiwała, aż przybyli do Manabozho prosząc go o to czy nie mógłby sprawić aby wody znikły i odnowić ziemię na której mogliby oni żyć. Lecz mimo że wiedzieli oni że ich wielki wróg był w tym czasie martwy, to mimo to Manabozho nie mógł odnowić świata dopóki nie będzie posiadał trochę ziemi w swych rękach dzięki której rozpocznie owe dzieło. I tak też wyjaśnił to innym którzy byli wraz z nim i powiedział im że gdyby posiadał troszkę ziemi, nawet kilka ziarenek ziemi, to wtedy mógłby on rozproszyć wody i odbudować świat. Wtedy bóbr zgłosił się na ochotnika aby zejść w głębiny i przynieść trochę ziemi, a wszyscy oklaskiwali jego pomysł. Zanurzył się, długo na niego czekano, a kiedy powrócił, był już niestety martwy; otwarli jego ręce lecz nie było w nich ziemi.

"Teraz", powiedziała wydra, "ja udam się na poszukiwania ziemi" i śmiało zanurkowała skacząc z tratwy. Wydra nie wypływała dłużej niż bóbr, lecz kiedy wypłynęła na powierzchnię, także była martwa i w jej łapach nie było ziemi. "Kto teraz poszuka ziemi ?" zastanawiali się głośno wszyscy którzy pozostali na tratwie, "teraz kiedy bóbr i wydra są martwe ?" i zasępiali się bardziej niż przedtem, powtarzając "Kto teraz poszuka ziemi ?". "Ja to zrobię", powiedział piżmak i błyskawicznie zniknął pomiędzy belkami tratwy. Piżmak bardzo długo nie wracał, o wiele dłużej niż wydra, myślano już że nigdy nie wróci, kiedy nagle wynurzył się w pobliżu, lecz był zbyt słaby aby mówić i powoli zaczął płynąć w stronę tratwy. Z trudem wdrapał się na tratwę a następnie zmarł z powodu nadmiernego zmęczenia. Wszyscy którzy byli na tratwie otwarli jego małe łapki, a w nich, skryte pomiędzy palcami, znaleźli kilka ziarenek świeżej ziemi. Manabozho ostrożnie zebrał je wszystkie i wysuszył w słońcu, a następnie roztarł je na proszek w swych palcach i wniósł do góry, a następnie rozrzucił ponad wodami. Wkrótce potem powódź zaczęła opadać i niebawem drzewa na górach oraz wzgórzach wyłoniły się z głębin, ukazały się doliny i równiny a woda zniknęła z ziemi nie pozostawiając po sobie śladu lecz tylko suchy osad, który był proszkiem który Manabozho rozpypał z tratwy.

Wtedy odkryto że Meshekenabek, Wielki Wąż, był martwy, a złe manitous, jego towarzysze, powrócili do głębin jeziora, z którego, z lęku przed Manabozho, nigdy więcej nie ośmielili się wyjść. I z wdzięczności do bobra, wydry i piżmaka, owe zwierzęta były uważane za święte przez Indian, stały się one ich braćmi, a oni ich nigdy nie zabijali ani nie prześladowali aż do chwili kiedy mikstury przyniesione przez obcych sprawiły że Indianie zapomnieli o swym związku z nimi i zmienili swe serca w serca pełne niewdzięczności.

Na wzgórzach Zachodu odnaleziono różne płaskorzeźby węża, a pomiędzy nimi jedną, opisaną w następujący sposób: Przedstawia ona zwiniętego w kłębek grzechotnika, jest wyryta na bardzo gęstym piaskowcu o kolorze cynamonu. Jest ona długa na 6,25 cala, 1 i 3/8 cala szeroka, cieńka na ćwierć cala. Jakość wykonania jest delikatna i charakterystyczne zdobienia grzechotnika są doskonale ukazane; głowa, niestety, nie zachowała się, lecz są pozostałości ukazujące że była ona otoczona przez pewnego rodzaju upierzony twór przypominający to co tak wybitnie ukazywano w rzeźbionych monumentach na Południu. Było to odnalejzione starannie ukazane na płycie miedzi i w pewnych warunkach w których ukazywano to jako obiekt otaczany wysokim szacunkiem i prawdopodobnie przedmiot kultu.

Pomimo tych uderzających podobieństw na które wskazałem, w podstawowych religiach Starego i Nowego Świata i nie mniej dostrzegalnych zbieżności w ich systemach mitologicznych, jesteśmy prawie że zaledwie wstępnie przygotowani aby odkryć w Ameryce to, co jest specyficzną kombinacją która wypełnia tak widocznie miejsce wczesnej kosmogonii i mitologi Wschodu i co ustanowiło podstawy owych badań, a mianowicie: połączony symbol Węża i Jaja. Musimy przyznać że w kilku skąpych i niedoskonałych doniesieniach w których mamy wzmianki o kosmogonii istniejącej wśród narodów Ameryki, nie mamy żadnych widocznych nawiązań do tego. Symbolistyka jest często zbyt wyrafinowana i abstrakcyjna aby mogła zostać przyjęta przez wędrujące, primitywne plemiona, więc my możemy tylko poszukiwać jej, jeśli już, to pomiędzy bardziej cywilizowanymi narodami środkowej części kontynentu, gdzie religia i mitologia zaliczane były do zrozumiałych systemów. Mamy tutaj godny pożałowania i potępienia bardziej niż barbarzyński zapał hiszpańskich najeźdźców, którzy nie zadowoliwszy się zniszczeniem rysunkowych zapisów i przewróceniem oraz obaleniem prymitywnych pomników owych godnych uwagi narodów; przekręcając kilka tradycji które opisali, tak że zapożyczyli jako widoczne wsparcie do wymysłów o ich własnej religii i badali święte rytuały tubylców z straszliwymi i odrażającymi cechami, tak aby ukazać, pośród ludźmi myślącymi podobnie jak oni sami, pewną namiastkę ich pierwotnego okrucieństwa owych ludów. Nie tylko nakazy jakie zostały wydane przez pierwszego biskupa Meksyku, niesławnego Zumanaga, odnoszące się do polecenia spalenia wszystkich kodeksów meksykańskich, które mogły być zdobyte, lecz też i to że wszystkie osoby były zniechęcane od zapisywania tradycji i zwyczajów starożytnych mieszkańców tych ziem.

Stąd też, dlatego, z posiadania pełnych i zgodnych doniesień o wierzeniach i koncepcjach owych narodów, do których możemy się odnosić w naszych poszukiwaniach, mamy tylko pojedyńcze i rozproszone fragmenty, ocalone przez późniejszych właścicieli od ogólnego zniszczenia. Wskutek takich okoliczności nie możemy spodziewać się odnaleźć wyraźnych dowodów na istnienie określonych koncepcji; by tak rzec, możemy odnaleźć pewne przedstawienia czysto symboliczne i odniesienia do kosmogonii, mitologii lub religii prymitywnych mieszkańców i bezowocnie spojrzeć pomiędzy ubogie i wymieszane tradycje oraz kilka okaleczonych rysunkowych zapisów które stanowią dla nas dodatkowe wsparcie których powody i podobieństwa możemy im tylko przypisywać.

Nie przyjmuje się aby mówić że jakieś wyraźnie ukazane przedstawienia Węża i Jaja istnieją pośród pomników w Meksyku lub Ameryce Środkowej; zobaczymy jednak cóż takiego ukażą przyniosą przyszłe badania owych pozostałości. Jeśli, do czasu obecnego, pozostajemy w głębokiej nieświadomości istnienia wielkiego pomnika który umknął uwadze, w jednym z najbardziej zaludnionych rejonów, to jakie skarby starożytności mogą być jeszcze odkryte w zakamarkach środkowej części kontynentu !

Często mówi się że każda cecha religii Nowego Świata, odkryta przez Corteza i Pizarro, wskazuje na wspólne pochodzenie łączące ją z wierzeniami Egiptu i Azji. Ten sam kult słoneczny, te same piramidy-pomniki i ta sama Ofiolatria wyróżniająca je wszystkie.

Acosta napisał "świątynia Vitziliputzli była zbudowana z wielkich kamieni na kształt węży splątających się z innymi i okrąg jest zwany "kręgiem węży" ponieważ ściany budowli są pokryte figurkami węży. Vitziliputzli trzyma w swej prawej ręce różdżkę wyrzeźbioną na kształt węża i cztery narożniki arki w których był zagłębiony koniec każdej z wyrytych przedstawień głowy węża. Meksykański wiek był przedstawiony poprzez krąg, posiadający słońce w środku, otoczone przez symbole lat. Okręgiem były węże splecione w cztery węzły w sposób przypominający cztery strony świata."

Meksykański miesiąc dzielił się na dwadzieścia dni; wąż i smok symbolizowały dwa z nich. W Meksyku była także świątynia poświęcona Bogowi Powietrza, której to drzwi były ukształtowane w sposób przypominający paszczę węża.

Pośród innych rzeczy, Peter Martyr wspomniał o wielkim wężowym bożku w Campeachy, wykonanym z kamieni i masy bitumicznej, w akcie pożerania lwa wykonanego piaskowca. Kiedy po raz pierwszy zobaczyli go Hiszpanie, był on ciepły od krwii ludzkich ofiar.

"Starożytne malowidła i płaskorzeźby obfitują w wiele dowodów na istnienie w Meksyku Ofiolatrii i dowodzą że niemal prawie wcale nie było żadnego Meksykańskiego bóstwa które by nie było symbolicznie przedstawiane jako wąż lub smok. Wiele bóstw ukazywanych jest jako trzymające węże w swych dłoniach, a małe figurki kapłanów są przedstawiane z wężem ponad głową każdego z nich. To przypomina nam silnie kapłanów egipskiej Izydy, którzy byli opisywani w płaskorzeźbach z świętą żmiją ponad głową i stożkiem w swej lewej ręce. I w celu potwierdzenia pierwotnego wzajemnego powiązania czczcicieli węży na całym świecie - meksykańskie malowidła, a także dobrze znane egipskie i perskie hieroglify, opisujące Hierogram Oficki splecionych węży w niemal wszystkich ich odmianach. Bardzo wyraźny przypadek znajduje się w zbiorze płaskorzeźb M. Allard'sa; na których są ukazane smoki posiadające ludzkie głowy w swych paszczach. Bogowie Meksyku są często ukazywani na malowidłach jako walczący z wężami i smokami; zaś bogowie, a czasami ludzie, są przedstawiani w rozmowie z odrażającymi stworzeniami. Jest to nieomal że, w rzeczy samej, aspektem w tajemnicach Ofiolatrii która może nie być dostrzegana w wierzeniach meksykańskich.

Dostrzegamy więc, że w królestwie Meksyku wąż był świętym stworzeniem, symbolizującym więcej niż tylko jednego boga: spostrzeżenie to może być rozszerzone na niemal każdy inny naród czczący symbolicznie węża. Jest to bardzo wyraźny i cenny fakt, odkrywa on w Ofiolatrii inny aspekt jej pierwotnego charakteru. Udowadnia to że wąż był symbolem wewnętrznego bóstwa, a nie zwyczajnym przedstawieniem typowych właściwości które należały do pewnych bogów i do nikogo innego".

Z tego co przedstawiłem, wynika że symbol węża był ogólnie przyjęty w Ameryce, szczególnie pośród pół-cywilizowanych narodów; tj. wszedł on szeroko do ich symbolicznych przedstawień i te znaczenie było zasadniczono takie same jakie wiązało się z nim pośród wczesnych narodów w Starym Świecie. Ponad podłożem, tak więc, zbieżności które zaobserwowaliśmy w podstawowych koncepcjach religijnych Starego i Nowego Świata oraz uderzającą jednolitość w ich systemach symbolicznych, czujemy się usprawiedliwieni w opisywaniu symbolicznego Węża i Jaja z Ohio i oznaczających radykalnie to samo co było w ten sposób przypisywane podobnym złożonym symbolom pośród prymitywnych narodów Wschodu. Ten wniosek jest dalej wspierany przez charakter pewnych religijnych struktur na Starym Kontynencie, gdzie możemy odnaleźć symbole węża i jaja przedstawiane w bardzo olbrzymiej skali. Podobieństwo mogłoby prawdopodobnie dostarczyć nie mniej decydującego potwierdzenia, dopóki poprzez odkrycie innych struktur, w których nie tylko możliwe iż znajdują się ogólne podobieństwa, lecz powinna istnieć całkowita zgodność. Tak jak nierozsądnie byłoby poszukiwać identyczności, nawet w pracach tych samych ludzi, budujących w zgodzie z wspólnym projektem.

To może się wydawać trudne do pogodzenia z ostrożnością która powinna cechować poszukiwania tego rodzaju, aby zaryzykować stwierdzenie że symboliczny Wąż i Jajo z Ohio są wyraźnie odwołujące się do szczególnych spostrzeżeń odnośnie kosmogonii która przetrwała pomiędzy narodami na Wschodzie, z powodu takiego iż niemożliwe jest przytoczyć pozytywnie świadczące dowody że owe uwagi były przyjęte przez jakieś narody w Ameryce. Brak pisemnych zapisów i bezstronnie zachowanych tradycji sprawia że mamy już wystarczające powody do ubolewania; dopóki dalsze badania nie zaskoczą nas niespodziewanymi wynikami, ów niedobór będzie istniał na zawsze. Lecz musimy pamiętać że brakiem poważania otaczani są ludzie bardziej wytrwali w zachowaniu się ich elementarnych wierzeń religijnych i wczesnych koncepcji. W słowach filozoficznego badacza - "Z wszystkich poszukiwań tymi najbardziej skutecznie pomagającymi nam odkrywać naród lub ludzi których historia w niejasnościach starożytnych czasów, nic być może nie uczestniczy w tak ważnych wynikach jak analiza ich teologicznych dogmatów i ich praktyk religijnych. Do takich spraw ludzkość przywiązuje największą wytrwałość, która, mimo zmian i zniszczeń w skutek zmian wywołanych przez czas, nadal pozostaje aspektem ich pierwotnej konstrukcji, kiedy język, sztuka, i system polityczny nie zachowują już cech ich pierwotnego, starożytnego kształtu".

Uderzający przykład prawdy owego spostrzeżenia jest ukazywany w religii Indii, które, do dzisiejszego dnia, pomimo zmian wywołanych przez czas i Imperium, zniszczenia wywołane przez najeźdzców i wojnę domową, ciągłe dodawanie alegorycznych wymysłów (bardziej fatalnych dla pierwotnego systemu niż wszystkie inne przyczyny razem wzięte), nadal pozostają przy swych pierwotnym aspektach, które są z łatwością rozróżnialne i są zbieżne z religiami które przetrwały w monumentalnym Egipcie, na równinach Asyrii, w dolinach Grecji, pomiędzy srogimi narodami wokoło Morza Kaspijskiego i pomiędzy spokrewnionymi z nimi plemionami na skalistych wybrzeżach Skandynawii.

Ta trwałość jest nie mniej bardziej uderzająco zobrazowana w starannym utrwaleniu się rytuałów, świąt i scenicznych przedstawień które początkowo przekazywały nam wzmianki o tym co popadło w niepamięć i obecnie zostało zapomniane. Bardzo niewielu uczestników w corocznym święcie Majówki, jakie celebrowano kilka lat temu w tym kraju i bardzo niewielu z tych którzy czytają o tym samym jest świadomych że jest to tylko utrwalenie wiosennego święta słonecznego Baala i ustrojony girlandami słup jest starożytnym symbolem Fallicznym.


Rozdział V | Rozdział VI | Rozdział VII


Powrót do Ofiolatria: Kult Węża




ميترا / मित्र / Ми́тра / Mitra
Mitra Taus Melek

Misja | Polityka Prywatności | | Pióropusz.Net | Magical-Resources.Net


Portal Mrooczlandia www.Mrooczlandia.com
Wszelkie prawa zastrzeżone ©